» Brytyjska recenzja „The 20/20 Experience” Justin Timberlake Polska
image01
image01
image01
image01

 

the2020deluxe

Czuję, jakbym zbyt wiele wam obiecał, miałem zamiar wejść i powiedzieć, że to genialna płyta” zażartował Justin Timberlake, kiedy wszedł do restauracji pełnej dziennikarzy gotowych usłyszeć jego kolejny album, po sześcioletniej przerwie.

Timberlake zaskoczył wszystkich pojawiając się na odsłuchaniu jego nowego albumu „The 20/20 Experience” – ze sobą zabrał swoją dowcipną osobowość. Ubrany w czarny płaszcz i czapkę, zdradził: „Zawsze czuję się dziwnie promując własną muzykę, więc po prostu się zamknę.

Kiedy zniknął tak szybko, jak się pojawił, dźwięki pierwszego utworu wypełniły pomieszczenie.

„Pusher Love Girl” było jedną z pierwszych piosenek, które zaśpiewał na koncercie w Nowym Orleanie oraz na rozdaniu nagród Grammy w lutym. Utwór jest pełen genialnego jak zwykle falsetto dawnego wokalisty ‚N Sync, który w trakcie uwalnia swojego wewnętrznego księcia lat 80, śpiewając „I’m a junkie for your love” [„junkie” – ćpun, przyp. tłum.].

To nie brzmi, jak nic, co możemy usłyszeć teraz w radio, więc automatycznie przenosisz się w czasy, kiedy JT dominował na listach przebojów. Naprawdę minęło sześć lat? Przypominają mi się również piosenki z piątego albumu R. Kelly: „Chocolate Factory”.

Przeskakując z symfonicznych do cięższych dźwięków i z powrotem, przenosimy się do numeru trzeciego na listach najlepiej sprzedających się ‚comeback’ singli w Wielkiej Brytanii – „Suit &  Tie”.

Timbaland, który był współproducentem tego kawałka rzeczywiście „uszył” ten utwór na zamówienie, jak tytuł wskazuje. Uwodzicielski rytm zaczyna się powoli, lecz po chwili przechodzi w kołyszący groove.

Po przesłuchaniu całego albumu, staje się jasne, dlaczego JT wybrał właśnie tę piosenkę jako pierwszy singiel – to najbardziej unikalny utwór na płycie, mimo że na początku trudno jest ocenić, czy ci się on podoba.

Bez żadnej pauzy, piosenka przechodzi do kolejnej, również wspieranej przez Timbalanda – „Don’t Hold The Wall” – typowo taneczny kawałek. To jedna z „najsilniejszych” piosenek, przedstawiająca Timberlake’a uwodzącego dziewczynę w klubie, z czym bez zwątpienia miał małe problemy przez ostatnie lata. To mieszanka „Chop Me Up” i „Rock Your Body”.

Następnie hollywoodzka gwiazda uwodzi nas swoim szeptem, wprowadzając nas do kolejnego utworu.

Dźwięki techno, które JT wprowadził do „FutureSex/LoveSounds” zniknęły, ale pozostały prelude’y i interlude’y, które sprawiają, że zastanawiasz się, gdzie jest początek i koniec danej piosenki.

Następnie mamy „Strawberry Bubblegum” – piosenka równie uwodząca, co jej tytuł, ale obawiam się, że gdy będziesz słuchać jej zbyt często, może zrobić ci się niedobrze. Timbaland twierdzi w niej, że ma „recipe for a good time”, co oznacza, że należy się zrelaksować i pozwolić mu prowadzić się i wsłuchać w tekst: „Little girl I want you to be my strawberry bubblegum„.

Kolejna jest jedną z moich ulubionych: „Tunnel Vision”. Jej bit przypomina trochę „Ayo Technology” – widzimy tutaj zakochanego Justina i kiedy wgłębiamy się dalej w ten zaraźliwy utwór, śpiewa: „I look around and everything I see is beautiful, because all I see is you.

Tutaj mamy zdecydowanie szczęśliwszego Timberlake’a, niż tego, którego mieliśmy okazję słuchać w „Cry Me A River” lub w „What Goes Around… / …Comes Around”.

Szóstym utworem jest „Spaceship Coupe” o dość wątpliwym i metaforycznym tytule. Ten wysoki numer pokazuje marzenie JT o poleceniu i „make love on the moon” – jednak piosenka ta nie jest szczególnie interesująca.

„That Girl” rozpoczyna się słowami „all the way from Memphis Tennessee” i natychmiast mam nadzieję, że mamy kolejny hit na miarę „Senority”. Niestety, temu kawałkowi brakuje typowego hiszpańskiego dźwięku, który wyprodukowali the Neptunes i który nadal jest grany w barach.

Rytmy samby zostały użyte w „Let The Groove Get In”, być może jest to odpowiednik „Like I Love You”. To jeden z utworów na tej płycie, który przenosi słuchacza w czasy dobrego R&B, z którego JT był znany i zdecydowanie kontrastuje z melancholijnymi piosenkami przykładowo Franka Oceana lub The Weekend.

Następnie mamy „Mirrors”, drugi singiel z tej płyty i mój ulubieniec (który został nim zapewne dlatego, że ma bit podobny do „Cry Me A River”). To typowa produkcja Timbalanda, ale też najgłębsza piosenka albumu i jedyna, w której warto wsłuchiwać się w tekst.

Ostatnim kawałkiem jest „Blue Ocean Floor”, której JT przechwala się wokalem na tle rozpaczliwej melodii, ale nie jest to utwór, dzięki któremu przesłuchiwanie płyty mogłoby zakończyć się z hukiem.

Podsumowując, „The 20/20 Experience” wydaje się być miłym powitaniem przyjaciela, za którym tak bardzo tęskniliśmy. Justin powrócił i nie przypomina nikogo innego. Przychodzi z punktu, w którym zakończył i te wszystkie lata nie zmieniły jego brzmienia rodem z lat 90 – a przede wszystkim naprawdę dobrego R&B.

Jednakże, album ten z pewnością nie przebija jego ostatniego, czyli „FutureSex/LoveSounds”. Co jest zdecydowanie jasne to to, że tak jak przyjaciela, z którym długo nie rozmawiałeś, tak ta płyta będzie potrzebować kilku odsłuchań, byś przyzwyczaił się do obecności brzmienia Timberlake’a  z powrotem w swoim życiu.

źródło: huffingtonpost.co.uk

Możliwość komentowania jest wyłączona.


(C) 2012-2017 JUSTIN TIMBERLAKE POLSKA. ALL RIGHTS RESERVED            FACEBOOK     RAMI ARTWORK             KONTAKT