» Recenzja „The 20/20 Experience” według Rolling Stone Justin Timberlake Polska
image01
image01
image01
image01

 

justintimberlake.pl

Justin Timberlake jest niesamowicie naturalnym, charyzmatycznym piosenkarzem, tancerzem i showmanem – dlatego łatwo jest zignorować ten drobny szczegół, jak świadomie zrobił tak wielką przerwę w karierze muzycznej. Skończywszy swój udział w Klubie Myszki Miki, przeszedł do boysbandu ‚N Sync, by później zacząć działać solo – to już jest wystarczająco naturalny proces. Ale potem, w trakcie absolutnego szczytu swojej kariery, porzucił muzykę, przerzucając się na granie w filmach, uczestniczenie w skeczach SNL i hm… granie w golfa. Timberlake wydał ostatni genialny album, „FutureSex/LoveSounds”, sześć i pół roku temu – to jak wieczność w przemyśle muzycznym. Kiedy pierwszy singiel z tegoż krążka, „SexyBack”, sięgnął szczytów list przebojów latem 2006 roku, nikt nawet nie słyszał o Lady Gadze, czy Justinie Bieberze.


Nagle, Timberlake powraca – brzmiąc jeszcze lepiej, niż zwykle. „The 20/20 Experience” jest – póki co – najważniejszym wydarzeniem muzycznym 2013 roku i brzmi zupełnie inaczej, niż to, co słyszymy w radio. Dziesięć utworów o średniej długości siedmiu minut. Niespodziewane zmiany melodii i harmonii. Muzyka szybko wpada w ucho, ale to do rytmu i dobrego flow Justin przykłada wagę. W jednym kawałku Justin śpiewa na tle dźwięków orkiestry dętej, perkusji i smyczków: afrobeat, soca, bhangra, „Wanna Be Startin’ Somethin'”. Piosenka nazywa się „Let the Groove Get In”. To właśnie byłby dobry tytuł tej płyty.


Możecie nazwać „The 20/20 Experience” krążkiem w stylu neo-soulowym (ma więcej do czynienia z D’Angelo i Maxwellem niż z Usherem lub Bieberem.) „Pusher Love Girl” – oda do toksycznych efektów, jakie serwują nam miłość i seks, a w tle falsetto niczym Curtisa Mayfielda lub Steviego Wondera. Kołyszący rytm w „Suit & Tie” to czyste „What’s Going On” Marvina Gaye’a. Mamy jeszcze kilka innych odniesień do przeszłości: solo gitarowe Elliota Ivesa w „Spaceship Coupe” brzmi, jakby gitarzysta świetnych Parliament-Funkadelic, Eddie Hazel, pilotował swój okręt po orbicie Timberlake’a.
JT nie jest jedyną osobą, która powraca na scenę. Jego dawny partner i współproducent każdej piosenki z tej płyty, Timbaland, także wraca, razem z Timberlakiem i Jeromem „J-Roc” Harmonem. Timbaland ostatnio nie mierzył zbyt wysoko, a „The 20/20 Experience” jest zdecydowanie jego powrotem do formy, zwinnie łącząc jego znak markowy z cieplejszą, naturalną, bardziej „organiczną” muzyką.


„The 20/20 Experience” może poddać testowi cierpliwość fanów, którzy oczekują natychmiastowego zadośćuczynienia artysty. Nie ma tam piosenek, tak szybko wkręcających się, jak chociażby „Like I Love You” czy „SexyBack”, nic, co tak wchodzi pod skórę, jak „Cry Me a River” lub „My Love”. Ale koniec końców, wszystkie utwory zatapiają zęby głęboko w słuchaczu, nawet przy tych najbardziej sennych piosenkach. Zamykająca album piosenka, „Blue Ocean Floor”, praktycznie nie ma konkretnego bitu czy melodii – jedynie niepowiązane ze sobą dźwięki perkusji, które podkolorowują odrobinę psychodeliczne tło. Timberlake śpiewa: „If my red eyes don’t see you anymore/And I can’t hear you through the white noise/Just send your heartbeat out there to the blue ocean floor„. Jeśli chcielibyście wsadzić ten utwór do jakiejś szufladki, moglibyście nazwać ją abstrakcyjną balladą. Ale nadal, ten koleś w garniturze i krawacie, ten uczony showbizu – na końcu i tak sprawia, że to brzmi jak pop.

autor: Jody Rosen
ocena: 4/5

Możliwość komentowania jest wyłączona.


(C) 2012-2017 JUSTIN TIMBERLAKE POLSKA. ALL RIGHTS RESERVED            FACEBOOK     RAMI ARTWORK             KONTAKT