» „The 20/20 Experience” – recenzja Zuzanny Janickiej Justin Timberlake Polska
image01
image01
image01
image01

 

justintimberlake.com_.pl_

Poniżej prezentujemy recenzję najnowszego albumu Justina, którą przesłała nam jedna z naszych czytelniczek. Zuza ma swój własny blog poświęcony muzyce, umieszcza tam najświeższe informacje muzyczne i recenzje płyt. Zapraszamy do lektury.

MUZYKA CZY FILM?

Będąc na samym szczycie po wydaniu albumu „FutureSex/LoveSounds” Justin nagle zrezygnował z muzyki i postanowił zostać aktorem. Można pomyśleć ok, nie on jeden. Britney Spears i Rihanna też chciały błysnąć w Hollywood. Jednak Timberlake swoimi występami w filmach nie ściągnął na swoją głowę krytyki, ale same pochwały. Początki łatwe nie były. Rola w filmie „Guru miłości” nie należy do jego najlepszych. Sam film również nie poradził sobie dobrze. Więcej kosztowało jego nakręcenie niż same zyski. Kolejnym filmem była już nie komedia, ale dramat „Na drodze do szczęścia”, w której to Justin zagrał skłóconego ze swoim ojcem syna, który w obliczy choroby swojej matki chce pogodzić się z tatą. Dalej mamy głośny na całym świecie „The Social Network”, który opowiada o założycielach facebook’a. Obraz zdobył trzy Oscary. W 2011 do kin weszły aż trzy filmy z Justinem – dwie komedie („Zła kobieta” i „To tylko seks”) oraz thriller sci-fi „Wyścig z czasem”, gdzie zgrał u boku Amandy Seyfried. W zeszłym roku oglądać Timberlake’a mogliśmy jedynie w jednym filmie – „Dopóki piłka w grze”, gdzie zagrał również Clint Eastwood. Na 2013 rok planowane są natomiast aż trzy filmy z wokalistą: „The Last Drop”, „Ślepy traf” oraz „Inside Llewyn Davis”.

RECENZJA

Rok 2013 kreśli się nam na razie pod znakiem muzycznych powrotów. Mogliśmy już podsłuchać wydanej po pięciu latach przerwy (świetnej, tak na marginesie) płyty Dido „Girl Who Got Away”, „Exile” duetu Hurts, oraz chyba najbardziej nieoczekiwanego powrotu – bo po aż 10 latach – brytyjskiego wokalisty Davida Bowiego z albumem „The Next Day”. Powrót Justina Timberlake’a do muzyki dla wielu osób był zaskoczeniem. Nikt nie przypuszczał, że po siedmiu latach od wydania „Future Sex/Love Sounds” ma w planach kolejny krążek. A jednak…
„The 20/20 Experience” jest trzecim studyjnym albumem Justina. Poprzednie dwa – „Justified” oraz „Future Sex/Love Sounds” – na całym świecie sprzedały się w ilości siedemnastu milionów kopii. Takie single jak „SexyBack”, „What Goes Around… Comes Around” czy „My Love” święciły triumfy na całym świecie. Będąc u szczytu muzycznej sławy Timberlake postanowił poświęcić się aktorstwu. Od czasu do czasu wspomagał tylko swoim wokalem takie gwiazdy jak Madonna, Ciara, T.I.

Byłam bardzo ciekawa jak po tylu latach, które minęły od wydania poprzedniej płyty Timberlake odnajdzie się w muzycznym show biznesie. Zmieniły się trendy, wielu artystów topowych jeszcze w 2006 roku odeszło w zapomnienie, ich miejsce zajęli inni. Minęły czasy muzyki r&b. Panuje moda na dance pop, electropop, dubstep. W tym kierunku poszła m.in. Kelly Rowland, Christina Aguilera, Leona Lewis i Madonna. Zżerała mnie więc ciekawość, jaka będzie odpowiedź Timberlake’a. Czy też  podąży za modą, czy pozostanie wierny swojemu stylowi. Dziś, po wydaniu „The 20/20 Experience”, możemy odetchnąć z ulgą, bo Justin to wciąż Justin. Zapewne wiele osób było zawiedzionych, że po tylu latach czekania artysta zaprezentował nam tylko 10 utworów. Ja jednak uważam, że ta liczba jest odpowiednia biorąc pod uwagę fakt, że wiele z tych piosenek trwa ponad 7 minut!

Płytę otwiera utwór „Pusher Love Girl”. Piosenka ma świetny, jakby filmowy początek. Później przeradza się w klasyczne r&b. W głowie zostały mi jedynie fragmenty, kiedy Justin powtarza słowa tytułowe. „Pusher Love Girl” trwa osiem minut, ale na szczęście w połowie jej brzmienie się zmienia. Jest bardziej nowocześnie, nawet hip hopowo. Cieszę się, że utwór nie jest jednostajny. Dzięki ciekawemu zakończeniu nie mam ochoty udusić Justina za taką długość kawałka. Jedyne, co mi trochę przeszkadza, to jego wysoki głos w niektórych fragmentach. Nieco tylko lepsze wrażenie zrobił na mnie singiel „Suit & Tie”. Zaproszenie do współpracy Jay’a Z było świetnym pomysłem, bo urozmaica on ten numer. Justinowi i raperowi wyszedł przyjemny, hip hopowo-taneczny kawałek. Szkoda tylko, że zupełnie nie zostający na dłużej w głowie.

Chociaż dwa pierwsze utwory zrobiły na mnie całkiem pozytywne wrażenie, daleko im do „Don’t Hold the Wall”. To moim zdaniem najbardziej wyrazista, dynamiczna piosenka na „The 20/20 Experience”. Szybko wpada w ucho. Utwór posiada orientalny początek, przywodzący na myśl gorące Indie. Podoba mi się urozmaicenie tej piosenki różnymi odgłosami. Ja wychwyciłam tam chociażby dźwięki lasu, głosy dzieci oraz telefoniczną rozmowę między mężczyzną a kobietą. Mimo, iż końcówka „Don’t Hold the Wall” nie jest już tak wciągająca i interesująca, cały numer zaliczam do najlepszych na trzecim albumie artysty. Natomiast nie bardzo podoba mi się „Strawberry Bubblegum”. To nudna piosenka r&b, która na domiar złego trwa osiem minut. Słuchanie jej mogę porównać do żucia gumy. Z początku jest przyjemnie, ale z czasem cały smak gdzieś uchodzi.

„Tunnel Vision” wydaje mi się ukłonem w stronę r&b sprzed kilkudziesięciu lat. A jednocześnie za sprawą delikatnej elektroniki numer ten brzmi współcześnie. Następujące po nim „Spaceship Coupe” nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, Justin stwierdził, że dziesięć piosenek wygląda ładniej niż dziewięć i dorzucił ten kawałek.

Utwór „That Girl” to najbardziej leniwa kompozycja na „The 20/20 Experience”. Timberlake śpiewa w niej jakby od niechcenia. Nie popisuje się głosem, brzmi momentami trochę ospale. Ale to jest plusem tej piosenki. Muzyka również jest oszczędna, minimalistyczna, stanowi jedynie tło dla Justina. O ile komuś przysnęło się podczas słuchania „That Girl”, rozbudzi go „Let the Groove Get In”. Jest to utwór, który zawiera w sobie nie tylko wpływy r&b czy popu, ale nawet muzyki latino. Przypomina mi trochę „Like I Love You” z „Justified”. Bardzo pozytywna piosenka będąca ukłonem w stronę dawnej twórczości Timberlake’a. Podobnie jak „Mirrors” (wy też słyszycie tam wpływy „Cry Me a River”?). To spokojniejszy kawałek odznaczający się naprawdę dobrym tekstem. Justin przelał na papier swoje uczucia do żony. Porównuje ja do lustra:

Aren’t you somethin’ to admire, cause your shine is somethin’ like a mirror (PL: czyż nie jesteś czymś do podziwiania, ponieważ twój blask jest niczym lustro).

Piosenka, która zamyka album „The 20/20 Experience” jest „Blue Ocean Floor”. To jedyna ballada na krążku. Utwór jest dość smutny, by nie powiedzieć przygnębiający. Bardzo wyciszający.

Najnowszy album Justina Timberlake’a przebojowością ustępuje dwóm poprzednim. Jego siłą są jednak same kompozycje – dopracowane pod każdym względem, przemyślane. Może i piosenki nie zostają w głowie na długo, ale słuchanie ich to przyjemność. Wrócić po tak długiej przerwie nie jest wcale łatwo, ale Justin poradził sobie z tym dobrze – przede wszystkim dzięki mu, że nie poszedł w dzisiejsze brzmienia, ale został wierny swojej muzyce. Na jesień planowana jest druga część „The 20/20 Experience”. Czy tak samo udana?

OCENA:
Najlepsze: Don’t Hold the Wall, Mirrors, Blue Ocean Floor
Najgorsze: Strawberry Bubblegum

Możliwość komentowania jest wyłączona.


(C) 2012-2017 JUSTIN TIMBERLAKE POLSKA. ALL RIGHTS RESERVED            FACEBOOK     RAMI ARTWORK             KONTAKT