» Justin Timberlake specjalnie dla Stopklatki (2011) Justin Timberlake Polska
image01
image01
image01
image01

 

Jedna z najpopularniejszych postaci w amerykańskim show biznesie Justin Timberlake  to kolejny gość Yoli Czaderskiej-Hayek  w Stopklatce. Nasza hollywoodzka korespondentka rozmawiała z aktorem i piosenkarzem o jego zaangażowaniu w budowanie jednego z portali społecznościowych, pamiętnym „The Social Network” , Nowym Jorku, ulubionych zajęciach i najnowszym filmie z jego udziałem – „To tylko seks”.

Yola Czaderska-Hayek: Pamiętam, jak zaczynałeś karierę od śpiewania, potem zamieniłeś się w aktora, a niedawno przejąłeś portal MySpace. Jestem pod wrażeniem!

Justin Timberlake: Takie czasy. Dzisiaj świat niesamowicie idzie do przodu i nie da się właściwie funkcjonować bez Internetu. Dzięki sieci moje pokolenie ma ułatwiony dostęp do wszystkiego: do muzyki, do filmów, do książek. No i oczywiście do wymiany informacji. Dzięki temu nie trzeba ograniczać się tylko do jednej dziedziny, można podążać w dowolną stronę: zajmować się grafiką, śpiewaniem, programowaniem… I cały czas być w kontakcie z innymi. Portale społecznościowe to w tej chwili przyszłość – zresztą widziałaś „The Social Network”, więc nie muszę Ci tłumaczyć tego fenomenu.

Pamiętam. Zagrałeś Seana Parkera, twórcę Napstera.

I uświadomiłem sobie wtedy, że ci wszyscy młodzi ludzie, którzy zrobili rewolucję w Internecie, to moi rówieśnicy. Gdy powstał Napster, miałem 20 lat! Jeśli więc ktoś mówi o „dzieciach sieci”, to ja również należę do tego pokolenia. Pomyślałem w związku z tym, że i ja mogę dołożyć swoje trzy grosze. Reaktywacja MySpace zapowiada się na razie całkiem ciekawie. Wydaje mi się, że to krok w dobrą stronę: pozwolić młodym, utalentowanym ludziom na zaprezentowanie się. Stworzyć nowe medium na styku muzyki, filmu i telewizji. Wyzwolić kreatywność. Tak sobie to przynajmniej wyobrażam. Taki projekt wymyśliliśmy razem z ludźmi z MySpace, którzy zajmują się reaktywacją portalu. Mam nadzieję, że to wszystko wypali.

Słyszałam opinie, że kupiłeś MySpace dla większego lansu…

Nie robię niczego dla lansu! Wszedłem w ten projekt, bo uważam, że to fajna przygoda. Nie zamierzam lansować się na MySpace. Aha, i nie jestem właścicielem tego portalu. Jestem współudziałowcem.

No dobrze, ale portal społecznościowy faktycznie kojarzy się głównie z „The Social Network”, a ja chciałam z Tobą porozmawiać o Twoim nowym filmie, „To tylko seks”.

Wbrew pozorom wcale nie odchodzimy daleko od tematu. „To tylko seks” opowiada właśnie o ludziach z pokolenia „dzieci sieci”. Mobilnych, aktywnych, energicznych. Takich, którzy w jednej chwili potrafią zmienić całe swoje życie. Mogą właściwie wszystko – i wystarczy jedno kliknięcie, by z tego korzystać.

Dobrze, wystarczy już o sieci! Pogadajmy o seksie. Jak było na planie?

Możesz wierzyć lub nie, ale do scen seksu przygotowywaliśmy się przez półtora miesiąca. Każdą z nich rozbieraliśmy na czynniki pierwsze, robiliśmy próby dialogowe – wszystko po to, żeby wczuć się w swoje postacie i oswoić ze sobą nawzajem. Ze wszystkich tych przygotowań wypłynął jeden wniosek: że najlepiej pójść na żywioł. Na planie wystarczyło po prostu być sobą. Czuliśmy się trochę niezręcznie podczas scen łóżkowych – ale to dobrze, bo tak właśnie mieli czuć się też nasi bohaterowie! To nie miał być seks stulecia, ale takie trochę niezgrabne podchody. Bardzo wiele osób znalazło się choć raz w życiu w podobnej sytuacji: kiedy ląduje się w łóżku z osobą, z którą absolutnie nie miało się takich planów, i nie bardzo wiadomo, jak się zachować. Wiem, bo całe mnóstwo moich znajomych po obejrzeniu „To tylko seks” zaczęło mi się nagle przyznawać: „Stary, przechodziłem przez to”. Po prostu nikt nie chce tego powiedzieć głośno. W naszym filmie postanowiliśmy pokazać jedną z takich sytuacji, tyle że na wesoło. Życie bywa zabawne, seks również. Czasami (śmiech).

Nie zapominaj, że chodzi o seks z Milą Kunis . Ty szczęściarzu.

I cóż ja Ci tu mogę powiedzieć? To cudowna dziewczyna. Wspaniała. Zauroczyła mnie od pierwszej chwili. Kręcenie filmu z nią to właściwie nie była praca, to była przyjemność. Mila potrafi zaprzyjaźnić się z każdym: kobiety ją uwielbiają, bo nie zadziera nosa, a faceci czują się przy niej swobodnie, bo przy całej urodzie ma w sobie coś z chłopczycy. To po prostu fantastyczna laska.

W „To tylko seks” rozmawiacie z Milą o komediach romantycznych. Masz jakiś ulubiony film o miłości?

Oj! Tu mnie zagięłaś. Nie wiem, czy mam ulubiony film. Tyle ich jest. Na pewno nie przepadam za filmami, które miłość jakoś sztucznie upiększają. Wolę takie, które pokazują ludzi niepewnych, niezdecydowanych, niezręcznych. O, już wiem! Oglądałem niedawno „Ostrożnie, pożądanie”  Anga Lee . Fascynująca historia, trochę w szekspirowskim duchu. Szkoda, że ten film przeszedł jakoś bez większego echa. Podziałał na mnie jak mało który. Płakałem przy nim jak dziecko.

Twoja recepta na udany związek?

Przede wszystkim nie mieć złudzeń, że zawsze będzie idealnie. W związku trafiają się momenty lepsze i gorsze. Sztuka w tym, żeby te gorsze umieć przetrwać, a te lepsze umieć docenić. Jeśli ktoś się łudzi, że miłość to tylko trzymanie się za rączki, to przeżyje szok, gdy pojawi się pierwszy poważny kryzys. I recepta numer dwa: rozmawiać ze sobą. Nie tylko o dobrych stronach związku, ale i o złych. Jeżeli pojawiają się jakieś sprzeczki, jakieś kłótnie, to nie wolno udawać, że się nic nie dzieje. Bo oszukujemy wtedy nie tylko siebie, ale i tę drugą osobę. No i generalnie nie wolno udawać niczego! Trzeba być sobą, dać sobie prawo do popełniania błędów czy robienia głupich rzeczy. Najważniejsza jest szczerość. I wzajemny szacunek.

I rozmowa.

Tak uważam. Ale biorę poprawkę na to, że tak mnie wychowali rodzice. Od małego traktowali mnie poważnie i uczyli, że rozmawiać można o wszystkim. Nie ma tematów tabu, które lepiej przemilczeć, bo jeszcze coś się stanie. Jeśli na przykład w pokoju pełnym ludzi zacznie nagle śmierdzieć i wszyscy będą starali się to zignorować, po czym ktoś głośno zapyta: „Hej, czy ktoś się przypadkiem nie spierdział?”, to możesz mieć pewność, że tym kimś będę ja.

Byłam zaskoczona tym, że w „To tylko seks” tak otwarcie mówi się o chorobie Alzheimera.

Coś wiem na ten temat, ponieważ podobna historia wydarzyła się w mojej rodzinie. Może trudno w to uwierzyć, ale wątek z chorobą Alzheimera był w scenariuszu od samego początku. Zależało nam na tym, by „To tylko seks” był czymś więcej niż zwyczajną komedią romantyczną. Mówiłem Ci już wcześniej, że chcieliśmy nakręcić film, który powiedziałby coś o naszym pokoleniu. O tym, czym dla nas są związki, relacje z najbliższymi, czym jest miłość. Przypomniała mi się komedia „Kiedy Harry poznał Sally”  – o, widzisz, mam drugi ulubiony film o miłości! – gdzie głównym wątkiem były rozmowy bohaterów. Billy Crystal  i Meg Ryan  bez przerwy gadali o tym, co się dzieje z ich pokoleniem. I próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie: czy mężczyzna i kobieta mogą być przyjaciółmi? Uwielbiam te ich dialogi i zawsze mam wrażenie, że podglądam dwoje prawdziwych ludzi. Dlatego zależało mi, aby w „To tylko seks” bohaterowie też jak najwięcej ze sobą rozmawiali. Oczywiście nie twierdzę, że nasza produkcja to nowoczesna wersja „Kiedy Harry poznał Sally”, nic z tych rzeczy. Ale wydaje mi się, że udało nam się przełamać wiele stereotypów dotyczących komedii romantycznych. Umieszczenie w scenariuszu choroby Alzheimera może na pierwszy rzut oka wydawać się nie na miejscu, ale kiedy obejrzy się film, widać wyraźnie, że ten wątek jest uzasadniony.

A poza tym Twojego ojca chorego na Alzheimera znakomicie zagrał Richard Jenkins .

To prawda! Muszę przyznać, że scena na lotnisku była jedną z najtrudniejszych, ale i jedną z najbardziej satysfakcjonujących w całej mojej karierze. Bohater, którego gram, niemal całkowicie się rozkleił. Właściwie nie musiałem tego udawać, Richard odegrał swoją rolę tak genialnie, że wszystkie emocje wyzwoliły się we mnie same. Podejrzewam, że wielu facetów rozklei się przy tej scenie. Na ogół rodzice wpajają synom przekonanie, że ojciec jest w domu filarem, opoką całej rodziny. Mama może płakać, może się wzruszać, ale tata to prawdziwy twardziel, który nie wie, co to łzy. W naszym filmie to ojciec głównego bohatera płacze, daje się ponieść uczuciom. To też jedna z tych rzeczy, o których ludzie na ogół nie mówią głośno i dopiero po wyjściu z kina przyznają, że w ich rodzinie wydarzyło się coś podobnego. Cieszę się, że udało nam się umieścić w „To tylko seksscenę na lotnisku. I nadal jestem pod wrażeniem gry Richarda. Jestem dumny, że mogłem wystąpić razem z nim.

Jest w filmie taki moment, kiedy Mila zabiera Cię do swojego ulubionego miejsca na dachu. A Ty patrzysz z zachwytem na panoramę miasta. Czy kiedy przyjechałeś po raz pierwszy do Nowego Jorku, też byłeś pod wrażeniem?

Po raz pierwszy w Nowym Jorku byłem, mając trzynaście czy czternaście lat. I wydał mi się wtedy… klaustrofobiczny. Tyle tych wieżowców dookoła, czułem się jak w klatce. Poza tym pamiętaj o jednym: jestem z Memphis. W porównaniu z olbrzymią przestrzenią w Tennessee Nowy Jork wygląda mikroskopijnie, nie robi wielkiego wrażenia. Mimo to lubię to miasto. Przede wszystkim ze względu na ludzi. Nowojorczycy są wspaniali, jedyni w swoim rodzaju. Nigdzie indziej nie widziałem takiego poczucia wspólnoty. I dumy, że jest się stąd. Uwielbiam chodzić ulicami Nowego Jorku, choć raczej rzadko odwiedzam te najsłynniejsze miejsca. Za duży tam tłok. Ostatni raz na Times Square byłem w 2002 roku.

Raczej przedostatni. Bo przecież na Times Square kręciliście jedną z najważniejszych scen filmu.

No tak, to prawda. Niech będzie przedostatni. To faktycznie było dziwne przeżycie. Pamiętam, że było chyba wpół do drugiej w nocy, kręciliśmy scenę z tańczącym tłumem, dookoła zebrali się ludzie, żeby popatrzeć… Potem, po wszystkim, policjanci pilnujący planu powiedzieli nam, że przyszło chyba z 10 tysięcy gapiów albo i więcej. Ledwo mogli nad nimi zapanować. Realizacja scen na ulicach Nowego Jorku jest już sama w sobie piekielnie trudnym zadaniem. Nie jest łatwo zdobyć zezwolenie, załatwić zamknięcie ruchu, dogadać się z kim trzeba. Z reguły robi się to w pośpiechu: wysiadasz z samochodu, robisz swoje i odjeżdżasz jak najszybciej. A tutaj mieliśmy do czynienia z niesamowicie rozbudowaną sekwencją z ulicznymi tancerzami. Do tej pory właściwie nie wiem, czy ludzie przyszli popatrzeć na nas, czy na nich. To prawdziwy cud, że udało się wszystko nakręcić.

Skoro panorama miasta nie robi na Tobie wrażenia, co jest Cię w stanie poruszyć?

Widok ze szczytu góry. Kiedy stoję na samym wierzchołku i za chwilę mam zjechać na snowboardzie. To fantastyczne uczucie. Wokół cisza, przestrzeń, widać wszystko aż po horyzont. Dlatego ze wszystkich pór roku najbardziej lubię zimę. Wtedy z kolegą wynajmujemy śmigłowiec, lecimy w góry i zaczyna się zabawa. Uwierz mi, w porównaniu z tymi cudami natury panorama miasta to jest nic.

Co jeszcze robisz w wolnym czasie?

Niestety nie mam go zbyt wiele. Żyję w rozjazdach, kursuję bez przerwy między jednym wybrzeżem a drugim. Mam dwa domy, jeden w Nowym Jorku, a drugi tutaj, w Los Angeles. Ulepszam go już od dwóch lat.

Serio?

Naprawdę! Uwielbiam urządzanie wnętrz. Mógłbym to robić bez końca. Ciągle wpadam na jakieś nowe pomysły. Bardzo lubię dobierać meble. Nie chcę, żeby to były jakieś przypadkowe graty. Zależy mi na tym, żeby były wygodne, żebym czuł się z nimi dobrze. Poza tym uwielbiam zestawiać kolory. Najlepsze są oczywiście intensywne barwy. Na przykład wszystkie szafki w kuchni pomalowałem białą, błyszczącą farbą. To oczywiście dało strasznie zimny, odpychający efekt, dlatego złamałem ten kolor, dodając ciemne drewno. Od razu zrobiło się lepiej. Lubię kontrasty, najlepiej zdecydowane, ostre. Jeśli czerwień, to intensywna. Jeśli czerń, to w całym pokoju. I wbrew pozorom, najlepiej złamać ją nie białym kolorem, ale khaki albo kremowym. Działa idealnie. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy już dom wydaje się w pełni urządzony, człowiek patrzy na niego i nagle przychodzi mu do głowy, że można by jeszcze tu coś dodać, tam coś zmienić i wszystko zaczyna się od nowa. Dekorowanie wnętrz nie kończy się nigdy. Ale mi to nie przeszkadza. Można się wykazać kreatywnością, a to też jest ważne.

Może w takim razie powinieneś założyć MySpace dla meblarzy?

Zobaczymy (śmiech).


(C) 2012-2017 JUSTIN TIMBERLAKE POLSKA. ALL RIGHTS RESERVED            FACEBOOK     RAMI ARTWORK             KONTAKT